szampan

Szampan

Wrzesień 9, 2015 / Bez kategorii / 0

Kobieta to jedyna istota, będąca równocześnie pułapką, przynętą i zastawiającą pułąpkę – Gilbert Keith Chesterton

Siedzieli na tarasie nad samym brzegiem. Tafla niebieskiej wody oddzielała ich od stromych skał po przeciwnej stronie jeziora.
– Uwielbiam Szwajcarię… Pamiętam, jak przyjechałam tu pierwszy raz. U nas nie było wtedy nic, czułam się jakbym była z innej planety.
– Jakoś nie bardzo mogę w to uwierzyć, zwłaszcza patrząc na ciebie teraz.
Uśmiechnęła się, ale nie zdążyła mu odpowiedzieć. Starszy, szpakowaty kelner, delikatnie sapiąc, dźwigał wiaderko pełne lodu i ciężką, dużą butelkę szampana.
– Zamówiłaś taką wielką butelkę?
– Myślisz, że nie wypijemy?
– Myślę, że damy radę – już sama myśl o zawartości ogromnej 1,5 litrowej butelki, nazywanej popularnie „Magnum“, sprawiła mu przyjemność.

szampan

Kelner okazał się specjalistą. Zdjął folię, poluzował druciany koszyczek i powoli przekręcił butelkę, mocno trzymając za szyjkę i korek. Szampan tylko lekko westchnął, z butelki uleciała niewielka biała chmura – zupełnie jakby ktoś uwolnił kolejnego dżina z wieloletniego więzienia. Lekko kremowa, lodowata rzeka, pełna małych, srebrnych kulek gazu, wlała się do kieliszków, które od razu pokryły się zimnym potem. Delikatna piana aż prosiła, żeby samemu wskoczyć do tego kieliszka…
Wyciągnęła rękę w kierunku szkła. Palcami starła odrobinę wody. Przez ten mały „przerębel“ zobaczyła światło świecy, które wpadało do wnętrza kieliszka i biegło slalomem pomiędzy milionem ścigających się bąbelków.
– Widzisz ile ich jest? I jakie są małe?
– Mówisz o…. – próbował lekko zmienić temat.
– Mówię o tych pęcherzykach gazu – zobacz, takie są tylko w najlepszych szampanach, które długo czekają w ciemnych piwnicach, aż przyjdzie ich kolej. Ten czekał 3 lata.
– Tak w ciemności? I bez towarzystwa? – znowu ciągnął na manowce.
– Nie, no samotny to taki nie był, ale było ciemno. I zimno.
– Bardzo?
– Gdzieś tak 9 stopni.
– A gdzie to było?
– 35 metrów pod ziemią. We Francji. W Szampanii, w Eperney – dokładnie pod ulicą Avenue de Champagne, albo może pod parkingiem – zaśmiała się przymykając oczy.
Była piękna. Wiek nie odebrał jej urody, doprawił ją tylko jak najlepszy na świecie szef kuchni. Poprawiła włosy i przesunęła sznur drobnych pereł, sięgający do końca dekoltu. Wydawało się, że błyszczące kulki nie wiszą na szyi tylko biorą swój początek właśnie w tym dekolcie. Jak koraliki dwutlenku węgla, pędzące w kieliszku. Zauważyła jego wzrok. Nie ukrywał tego, jak żałuje, ze dzieli ich cała szerokość stolika, świece i kieliszki…
– Może się napijemy? – rozładowała na chwilę napięcie.
Chwycił za kieliszek, ale dobrze wiedział, że jest obserwowany. Sprawdzała. Czy pamięta co jest następne. Zbliżył nos do kieliszka i popatrzył w jej stronę. Bingo! Wygrał ten poziom. Zyskał 500 punktów i dodatkowe życie. Może walczyć dalej i doładować zapasy żywności, jak bohater komputerowej gry. Pierwsze – popatrzeć. Drugie – powąchać, potem pokręcić szkłem, znowu powąchać, aż wreszcie wolno będzie się napić. Po kolei wszystkimi zmysłami – tylko tak można naprawdę poznać wino. I cieszyć się nim. Wypicie wina bez powąchania – to jak oglądanie filmu bez dźwięku. Można? Jasne, że można, tylko po co? To już zrozumiał. Dzięki niej.
– Opowiesz mi jeszcze coś o tej butelce? – poprosił, licząc, że to jednak koniec wykładu.
– Nie, dzisiaj już nie. Następnym razem.
– To co zrobimy z resztą Pola?
– Zabierzemy go ze sobą.
Wyjął ciężką butelkę z lodu i od razu poczuł przeraźliwe zimno na palcach. Otworzył drzwi do sypialni i pomyślał, że już niedługo, bardzo niedługo jego palce przestaną być takie zimne…

Na zdjęciu:
Pol Roger Non Vintage Brut Reserve Champagne
fot. Nana Cichoń

Nana Cichoń


Dodaj komentarz